| Marzkaf - czyli Marzena i jej Honda CLR City Fly |
|
|
|
|
Podczas mojej kilkudniowej nieobecności w domu, mój „guru motocyklowy” zakupił mi motocykl, który jego zdaniem idealnie pasował do moich założeń. O tym, że jestem posiadaczką motocykla dowiedziałam się telefonicznie. Nie wiedziałam jaki to model - rzekomo miała to być niespodzianka. W końcu dowiedziałam się, jak wygląda mój motocykl mms-em - nie mogłam wprost wytrzymać z ciekawości, aby obejrzeć go z bliska i przysiąść się. Po powrocie do domu i obejrzeniu, nie zakochałam się od pierwszego wejrzenia - ot taki sympatyczny nibyenduro. Bo hardenduro to na pewno nie można powiedzieć o Hondzie City Fly 125. Jednak jazda nią (z wrażenia zapomniałam jak było na pierwszej jeździe) sprawiła, że baaaaardzo mocno ją polubiłam. Nazwałam ją Flejka, choć wcale nie jest uflejana (jak przystało na endurasy). Co bardziej hardzi pogardliwie nazywają ją pierdziawką i pierdzipędem… Honda CLR 125 City Fly, zwana także Montesą (od nazwy miasta w Hiszpanii, gdzie jest montowana), ma bagatela 11KM, więc wystarczą do jej prowadzenia prawo jazdy kat. A1. Całkowita długość motocykla to 2,07m, wysokość siodła 780mm. Jeśli chodzi o pozycję na motocyklu to trójkąt „podnóżki – kierownica – siodło” dobrany jest tak, jak w dorosłym motocyklu, nawet na osobę ok. 180 cm wzrostu. Do tego jest całkiem szerokie, wygodne siedzenie. Mimo, iż nie należę do wysokich osób i siedząc na Flejce dotykam podłoża jedynie czubkami butów - jest ono tak fajnie wyważone, że wszelkie parkingowe manewry nie sprawiają mi żadnego kłopotu. Nie wspominając już o manewrach wykonywanych podczas jazdy, bo to naprawdę nie wymaga większego wysiłku i zaangażowania. Wszystko odbywa się naturalnie i niemal intuicyjnie. Podarowana mi została z przebiegiem ok. 19000km. Sądzę, że ten przebieg jest prawdziwy lub wielce zbliżony do prawdziwego, gdyż stan i zużycie motocykla na to wskazują. Jeżdżę na oponach Pirelli. Na ich przyczepność nie narzekam - zarówno na śliskiej nawierzchni, jak i w lekkim terenie sprawują się poprawnie. Zbiornik paliwa pomieści zaledwie 12l, ale nie muszę być częstym gościem na stacji benzynowej bowiem spalanie jest śmiesznie niskie - na poziomie do 2,9 l/100km. Dlatego też stać mnie na tankowanie tylko 98-oktanowego paliwka (wyższe prawdopodobieństwo, że to droższe paliwo jest mniej zanieczyszczone). Po zakupie zostały wymienione od razu wszystkie płyny, a więc olej, płyn hamulcowy, przesmarowane tulejki wahacza, dźwigienki amortyzatora (tzw. kiwaczki) i dźwignia hamulca tylnego, rozpieracz w tylnym bębnie (wszystko to było zapieczone). Filtr oleju nie podlegał wymianie, ponieważ jest to zwykłe metalowe sitko, które należy tylko przemyć. Wymieniona została również świeca. Motocykl był trochę zdekompletowany tzn. brakowało mu różnych śrubek to tu, to tam. Na szczęście, mogłam liczyć na pomoc mojego osobistego mechanika :) Koszty tych napraw/serwisu to: Do tej pory zrobiłam nią 3 tys. km (niby mało, ale jak na mój pierwszy samodzielny sezon to i tak się cieszę, że choć tyle udało się nakręcić). Głównie były to dojazdy „do” i „z” pracy. Podczas tych jazd nie miałam żadnych przygód - no może raz…. Zdechła mi na 3pasmówce w drodze z pracy. Przyczyna była prozaiczna - słaby akumulator. A tak poza tym, żadnych problemów. Najdłuższa trasa, jaką udało mi się nią pokonać „na raz” to ok. 350 km (wyjazd z Łodzi do Kletna). Też bez absolutnie żadnych niespodzianek. Prędkość max. to zaledwie 100km/h - trochę mało w trasę, ale w miasto wystarczy. Najczęściej w jeździe miejskiej nie odkręcam więcej niż 80 km/h - z racji oszczędzania silnika. W terenie udało mi się pojeździć kilkukrotnie - ale z reguły był to łatwy teren, co nie przeszkodziło mi w „glebieniu” (cóż, jestem w trakcie nauki) ;) Dla swojej wygody dokupiłam jeszcze szybkę akcesoryjną (co by zbytnio nie dmuchało), obciążniki na kierownice (bo wibracje były tak duże, że z trudem można było zobaczyć cokolwiek w lusterkach), handbary i płytę do mocowania kufra centralnego na bagażnik. A teraz kolej na małe podsumowanie: I tu pojawia się jedna z mniej miłych rzeczy, jaka spotkała mnie w trakcie jazd Flejką. Mianowicie musiałam znaleźć sposób na odkręcanie manetki, gdy silnik był jeszcze dobrze nie rozgrzany. A dokładniej… Działo się to najczęściej rano w drodze do pracy na pierwszym skrzyżowaniu ze światłami. Gdy akurat złapało mnie czerwone i musiałam się zatrzymać, zbyt gwałtowne odkręcenie manetki przy próbie ruszania kończyło się gaśnięciem silnika. Mój „guru” tłumaczył to prostą budową gaźnika - zasysane było za dużo powietrza, a za mało paliwa. W końcu nauczyłam się tego - klaksony i miny kierowców puszek zmotywowały mnie do tego w dwójnasób. Do rzeczy, które sama robię przy Flejce należą: smarowanie łańcucha (z tego jestem skrupulatnie rozliczana), sprawdzanie poziomu oleju i sprawdzanie poziomu ciśnienia w oponach. Resztą zajmuje się wykwalifikowana i kompetentna osoba ;) z rodziny. Na koniec mogę pokusić się o stwierdzenie, że nie żałuję, ani jednej chwili spędzonej z Flejką, choć dojrzałam już do zmiany na większy model. Przyszłość pokaże, czy lepszy. Gdyby Fleja miała silnik 250 cm3 i gdyby nie braki wykończeniowe, stanowiłaby dla mnie na chwilę obecną motocykl idealny. Foto: zdjęcia prywatne bohaterki
|