|
Asia Miller zaczęła już „kąsać” zawodników znacznie szybszych ode mnie.
Październik nie był miesiącem przyjaznym motocyklistom. Zimno, wietrznie, a na dodatek codziennie deszcz. Na szczęście sezon startowy był na ukończeniu, a właściwie dla mnie już się skończył. Drobna, aczkolwiek uciążliwa kontuzja ręki pozbawiła mnie możliwości startu w Romanówce. Po kilku dniach deszczów pokazała się jakaś pogoda, więc postanowiłem skontaktować się ponownie z moją niebieską fascynacją. Wsiadłem do auta, moto na pokład i jadę na łąkę. Tuż obok jest tor motocrossowy, ale po takich deszczach na pewno nie nadaje się do jazdy. Przejeżdżam wolno obok toru - pusto, mokro, same kałuże i błoto. Docieram na łąkę i znów zaczyna siąpić. Cóż, skoro już tu jestem… Ubrałem się, pojeździłem w deszczu jak należy, zmokłem, ale nie zmarzłem. Wiadomo, szybko po mokrej łące, to dużo frajdy i emocji. Jak już nie nadążałem przecierać gogli, spakowałem motocykl i wracam. Znowu przejeżdżam obok toru i… o dziwo, jedzie jeden samotny szofer. Aż zatrzymałem samochód. Deszcz pada całkiem mocno, błoto bryzga na wszystkie strony, a szalony crosser napędza się na najbliższą, około 15 metrową hopkę, gdzie na lądowaniu stoi olbrzymia kałuża. Leci dobrze, lądowanie, a właściwie wodowanie prawidłowe, otwarty gaz i napęd na następną górkę. O rany, kto to taki?
|